To, co się nie wydarzyło… Czyli o ranach, które powstały z braku

Są takie doświadczenia, które trudno uchwycić i jeszcze trudniej nazwać. Nie mają jednego wyraźnego momentu, który można by wskazać palcem i powiedzieć: „to wtedy wszystko się zaczęło”. Nie są spektakularne ani oczywiste. A jednak potrafią bardzo głęboko wpłynąć na to, jak dziś żyjemy, jak czujemy i jak budujemy relacje.

Kiedy myślimy o traumie, najczęściej przychodzą nam do głowy konkretne wydarzenia – wypadki, przemoc, sytuacje zagrożenia. To tak zwana trauma szokowa. Ale istnieje też inny rodzaj rany, znacznie cichszy, bardziej rozproszony i przez to trudniejszy do rozpoznania. To rana związana z tym, czego w naszym życiu zabrakło. Z tym, co się nie wydarzyło, choć było nam bardzo potrzebne.

Bo czasami najbardziej bolesne nie jest to, co się wydarzyło, ale to, że nikt nie przytulił, kiedy było trudno. Że nikt nie zauważył. Że nikt nie zapytał, co czujesz. Że nikt nie stanął po Twojej stronie ani nie pomógł Ci zrozumieć, co dzieje się w Tobie. Zabrakło czułości, uwagi, bezpieczeństwa, wsparcia, obecności. To są rany, które nie powstały przez działanie, ale przez jego brak. Cierpienie, które nie wynika wyłącznie z przemocy, ale z niezaspokojonych potrzeb.

Żeby to lepiej zrozumieć, warto na chwilę zatrzymać się przy tym, jak w ogóle kształtuje się nasza tożsamość. Jako dzieci nie mamy jeszcze odpowiedzi na pytanie, kim jesteśmy. Dowiadujemy się tego poprzez relacje z innymi, przede wszystkim z opiekunami. Dziecko niejako „przegląda się” w dorosłym – w jego twarzy, reakcji, tonie głosu. Kiedy dorosły zauważa emocje dziecka, nazywa je i na nie odpowiada, dziecko zaczyna budować poczucie siebie. Uczy się, że to, co czuje, ma znaczenie. Że jest widziane.

Problem zaczyna się wtedy, gdy tego lustra brakuje. Kiedy dorosły jest emocjonalnie nieobecny, chłodny albo zbyt zajęty własnymi trudnościami, by dostroić się do dziecka. Wtedy dziecko zostaje samo ze swoimi emocjami, których nie rozumie. I w jego psychice zaczyna powstawać coś w rodzaju pustki, wyrwy. To doświadczenie braku bycia widzianym i ważnym bywa bardzo głębokie i często niesie się dalej w dorosłe życie.

Ten brak może przyjmować różne, czasem bardzo subtelne formy. Nie zawsze wiąże się z oczywistym zaniedbaniem czy przemocą. Czasem rodzice kochają swoje dziecko, ale nie mają zasobów, by dać mu to, czego potrzebuje. Ktoś dorasta w domu, gdzie nikt nie wprowadza struktury i nie wspiera w codzienności, więc jako dorosły ma trudność z organizacją życia. Ktoś inny wychowuje się bez granic i w dorosłości nie potrafi wziąć odpowiedzialności za siebie. Jeszcze ktoś inny doświadcza emocjonalnej nieobecności i przez całe życie szuka kogoś, kto w końcu go zobaczy.

To wszystko są różne odcienie tego samego zjawiska – braku, który zostawia ślad.

Jednym z jego skutków jest często utrata kontaktu z samym sobą. Pojawia się coś, co w psychologii nazywamy aleksytymią. To stan, w którym trudno jest rozpoznać i nazwać własne emocje. Można czuć napięcie, niepokój albo smutek, ale nie do końca wiedzieć, co się właściwie dzieje. Czasem pojawiają się reakcje – płacz, złość – ale bez jasnego zrozumienia ich źródła.

Wiele osób w takiej sytuacji zaczyna uciekać w działanie. W pracę, w zajętość, w ciągłe bodźce. Byle tylko nie zatrzymać się i nie poczuć tego, co jest w środku. Bo pojawia się lęk, że jeśli się zatrzymam i naprawdę to zobaczę, to już sobie z tym nie poradzę. Że to będzie jak otwarcie tamy, za którą czeka coś zbyt dużego.

Dlatego często słyszę od klientów w terapii zdania w rodzaju: „chcę przestać czuć ten ból, ale nie chcę wracać do przeszłości”. I bardzo to rozumiem. Przemilczenie daje poczucie kontroli. Ale jednocześnie oddala nas od siebie.

Warto pamiętać, że nawet jeśli nie mamy świadomych wspomnień, nasze ciało i emocje pamiętają. To, co zostało kiedyś odcięte, nie znika – tylko zmienia formę. Może objawiać się jako napięcie w ciele, nagłe pogorszenie samopoczucia, zawroty głowy, a czasem jako poczucie odrealnienia czy „znikania”. To są sygnały, że coś w nas wciąż domaga się zauważenia.

Zatrzymani w czasie

To, co się nie wydarzyło w dzieciństwie, potrafi zatrzymać nas w miejscu. Często w dorosłości wciąż czekamy na miłość od osób, które nie są w stanie jej dać. Szukamy zrozumienia tam, gdzie go nigdy nie było. To trochę tak, jakbyśmy próbowali czerpać wodę ze studni, o której wiemy, że dawno wyschła.

Co więcej, często sami nie dajemy sobie tego, czego tak bardzo potrzebujemy. Zamiast tego patrzymy na siebie krytycznie, z dystansem, czasem wręcz z pogardą. Szukamy ukojenia na zewnątrz, a jednocześnie nie budujemy go w sobie. Jeśli dorastaliśmy w braku, możemy odczuwać głód bliskości, który wydaje się nienasycony. Nawet kiedy coś dobrego się pojawia, trudno nam to przyjąć.

W takich sytuacjach łatwo też wpaść w znany schemat relacyjny, w którym przeplatają się role ofiary, ratownika i prześladowcy. Czasem znosimy zbyt wiele, myląc cierpliwość z rezygnacją z siebie. Innym razem obwiniamy się za to, że ktoś nas nie kocha, bo to daje choć pozorne poczucie, że świat ma jakiś sens.

Jak z tego wyjść?

Jednym z ważnych kroków jest rozróżnienie między porzuceniem a samotnością. Dla dziecka porzucenie oznaczało zagrożenie – było doświadczeniem bardzo realnego braku bezpieczeństwa. Dorosły jednak, nawet jeśli doświadcza samotności, nie jest już w tej samej bezradnej pozycji. Samotność może być trudna, ale może też stać się przestrzenią na budowanie kontaktu ze sobą i własnej autonomii.

Kolejnym krokiem jest stopniowe uczenie się, jak „karmić” swoje niezaspokojone potrzeby. Zamiast skupiać się wyłącznie na tym, czego zabrakło, warto zacząć tworzyć w sobie doświadczenie tego, czego potrzebujemy. To może oznaczać wyobrażenie sobie czułości, której nie było, albo danie sobie słów wsparcia, których nikt wcześniej nie powiedział. To nie jest udawanie. To jest budowanie nowych doświadczeń.

W terapii IFS mówimy o nawiązywaniu kontaktu z naszym wewnętrznym światem – z częściami, które noszą w sobie te stare braki. I z poziomu naszego rdzenia – JA uczymy się być dla nich obecni, uważni i wspierający. To jest proces odzyskiwania relacji ze sobą.

Wielu osobom trudno to przyjąć, bo pojawia się myśl: „to niesprawiedliwe, że teraz ja mam się tym zajmować”. I jest w tym dużo prawdy – to było niesprawiedliwe. Ale jednocześnie czekanie, aż ktoś inny to naprawi, często tylko utrwala poczucie bezsilności. Wzięcie odpowiedzialności za swoje uzdrowienie nie oznacza, że jesteśmy winni temu, co się wydarzyło. Oznacza, że zaczynamy odzyskiwać wpływ.

Ważne pytania

Na koniec warto zadać sobie jedno proste, ale ważne pytanie: czy ktoś był przy mnie, kiedy popełniałem błędy jako dziecko? Czy ktoś mnie wtedy wspierał, czy raczej zostawałem z tym sam?

Jeśli tego zabrakło, to dziś możesz zacząć budować to w sobie. Możesz uczyć się być dla siebie tym głosem, który wspiera zamiast oceniać. To właśnie takie doświadczenia – bycia przy sobie w trudnych momentach – stają się z czasem wewnętrznym zasobem, który pomaga regulować emocje.

To, co się nie wydarzyło, mogło zostawić rany.

Ale to nie znaczy, że te rany nie mogą się zagoić.

Czasem początkiem tej drogi jest bardzo proste, a jednocześnie głębokie odkrycie: to nie z Tobą było coś nie tak. To ktoś nie miał zasobów, by dać Ci to, czego potrzebowałeś.

I to rozpoznanie często otwiera drzwi do prawdziwej zmiany.

Zapisz się do moich osobistych listów rozwojowych

Otrzymuj więcej takich materiałów i porad.

Scroll to Top