Przez wiele lat uczestniczyłem w różnego rodzaju warsztatach rozwojowych

Jeździłem na nie po to, żeby lepiej rozumieć siebie, zmieniać utrwalone schematy, pracować z emocjami i doświadczać czegoś, co miało prowadzić do większej świadomości. Podobnie jak wiele osób wierzyłem wtedy, że jeśli doświadczenie jest trudne, intensywne i wywołuje silne emocje, to prawdopodobnie oznacza, że dzieje się coś ważnego. W końcu rozwój miał zaczynać się poza strefą komfortu, a więc im trudniej było wytrzymać, tym łatwiej było uznać, że właśnie dotykam czegoś istotnego.

Kiedy pojawiał się lęk, napięcie albo wyraźna niechęć do udziału w jakimś ćwiczeniu, często interpretowałem to jako opór. Zamiast zatrzymać się i sprawdzić, co naprawdę się ze mną dzieje, próbowałem wytrzymać. Zakładałem, że skoro ciało reaguje mocno, to być może właśnie dlatego powinienem iść dalej. Taki sposób myślenia bardzo łatwo prowadzi do przekonania, że dyskomfort sam w sobie ma wartość terapeutyczną, a niechęć do udziału w procesie jest jedynie przeszkodą, którą należy przełamać. Dzisiaj patrzę na to znacznie bardziej ostrożnie.

Zdarzały się warsztaty, po których wcale nie czułem się bardziej zintegrowany czy spokojny. Czułem raczej przeciążenie, rozregulowanie i silne pobudzenie emocjonalne, które utrzymywało się jeszcze przez kilka dni. Wtedy nie rozumiałem jeszcze, że intensywność doświadczenia nie jest tym samym co jego terapeutyczna wartość. Sam fakt, że ktoś płacze, drży, doświadcza silnego lęku albo bardzo mocnego pobudzenia, nie oznacza automatycznie, że właśnie zachodzi uzdrawiający proces. Reakcja może być ważna i może coś komunikować, ale jej znaczenie zależy od kontekstu, poczucia bezpieczeństwa, możliwości wyboru i tego, co dzieje się z człowiekiem po zakończeniu doświadczenia.

Z perspektywy czasu widzę również, jak łatwo pomylić przekraczanie własnych ograniczeń z przekraczaniem własnych granic. Te dwie rzeczy mogą wyglądać podobnie z zewnątrz, ale wewnętrznie różnią się bardzo wyraźnie. Człowiek może zdecydować się na trudne doświadczenie, czując lęk, a jednocześnie zachować kontakt ze sobą i poczucie wpływu. Może również wejść w sytuację, w której rezygnacja nie jest realnie dostępna, a jego niepewność zostaje natychmiast nazwana oporem, lękiem przed zmianą albo działaniem ego. W pierwszym przypadku istnieje wybór. W drugim łatwo pojawia się presja.

Właśnie w tym widzę jeden z największych paradoksów pewnej części świata rozwoju osobistego. Człowiek przychodzi po to, żeby nauczyć się kontaktu ze sobą, rozpoznawania emocji, potrzeb i granic, a jednocześnie może usłyszeć, że nie powinien ufać temu, co czuje. Gdy mówi, że czegoś nie chce, słyszy, że to opór. Gdy pojawia się lęk, może dostać informację, że właśnie dlatego powinien zrobić kolejny krok. Kiedy organizm wysyła sygnał przeciążenia, łatwo uznać go za przeszkodę na drodze do transformacji. Taki sposób pracy może utrwalać dokładnie te mechanizmy, z którymi dana osoba przyszła na terapię lub warsztat.

Zrozumienie modelu IFS bardzo zmieniło moje podejście do tak zwanej pracy z oporem. W tym nurcie nie traktujemy niechęci jako czegoś, co należy szybko przełamać. Jeżeli jakaś część człowieka mówi, że się boi, nie ufa, nie chce albo uważa, że sytuacja jest zbyt trudna, warto spróbować zrozumieć jej intencję. Być może przez wiele lat pełniła funkcję ochronną. Mogła nauczyć się reagować mocno, ponieważ wcześniej nikt nie respektował jej granic. Zamiast walczyć z nią, można sprawdzić, czego się obawia i czego potrzebuje, żeby poczuć odrobinę więcej bezpieczeństwa.

Podobną zmianę przyniosło mi lepsze rozumienie układu nerwowego i pracy z ciałem. Regulacji nie buduje się poprzez ciągłe przeciążanie. Rozwój nie polega na tym, żeby regularnie przekraczać moment, w którym tracimy kontakt ze sobą i przestajemy mieć poczucie wpływu. Znacznie ważniejsze jest to, czy potrafimy pozostać w relacji z własnym doświadczeniem, zauważać sygnały organizmu i podejmować decyzje z miejsca, w którym nadal mamy dostęp do wyboru. To nie oznacza unikania trudnych emocji, ale pozwala odróżnić konstruktywne wyzwanie od sytuacji, która staje się zbyt intensywna.

Właśnie dlatego podczas prowadzonych przeze mnie warsztatów tak ważne jest dla mnie, żeby uczestnik wiedział, że ma realną możliwość odmowy. Może zrobić przerwę, zmienić sposób wykonania ćwiczenia, zostać obserwatorem, wyjść z sali albo uznać, że danego dnia nie chce w czymś uczestniczyć. Nie musi się z tego tłumaczyć. Taka możliwość nie jest dla mnie przeszkodą w procesie, ale jego ważną częścią.

Dla osoby, która przez większość życia spełniała oczekiwania innych, samo powiedzenie prowadzącemu, że nie chce czegoś zrobić, może być bardzo znaczącym doświadczeniem. Ktoś, kto był przyzwyczajony do dostosowywania się, może po raz pierwszy sprawdzić, że jego odmowa zostanie przyjęta bez zawstydzania, analizowania i przekonywania. W takim momencie rozwój nie polega na wykonaniu ćwiczenia mimo lęku, ale na doświadczeniu, że własne granice mają znaczenie.

Podobnie może być z osobą, która przez lata ignorowała sygnały płynące z ciała. Być może nauczyła się pracować mimo zmęczenia, lekceważyć napięcie, zaciskać zęby i działać dalej. W takiej historii kolejne przełamanie siebie wcale nie musi być tym, czego najbardziej potrzeba. Czasem ważniejszym krokiem staje się zauważenie, że jest już za dużo, i potraktowanie tego sygnału poważnie.

Z tego powodu mam dzisiaj duży dystans do popularnego hasła o wychodzeniu ze strefy komfortu. Nie dlatego, że uważam, iż rozwój powinien być zawsze łatwy. Wiele ważnych zmian rzeczywiście wymaga odwagi i zmierzenia się z tym, co nieznane. Trudna rozmowa, postawienie granicy, wyrażenie potrzeby albo podjęcie nowej decyzji mogą wiązać się z lękiem. Problem pojawia się wtedy, kiedy każdy dyskomfort automatycznie interpretujemy jako sygnał, że trzeba iść dalej.

Część osób, które trafiają na terapię i warsztaty rozwojowe, przez dużą część życia w ogóle nie miała okazji poznać bezpiecznego komfortu. Zna za to czujność, napięcie, przeciążenie, dostosowywanie się i ciągłe poczucie obowiązku. W takim przypadku rozwój może zaczynać się nie od kolejnego wychodzenia poza siebie, lecz od odkrywania, że można zwolnić, zatrzymać się, zmienić zdanie i ufać własnym sygnałom.

Bezpieczna praca rozwojowa nie oznacza braku wyzwań. Ważne jest raczej to, w jaki sposób człowiek jest do nich zapraszany i czy wciąż zachowuje poczucie wyboru. Istotne staje się pytanie, czy można odmówić bez konsekwencji, czy lęk jest traktowany z ciekawością, a granice są respektowane również wtedy, kiedy nie pasują do planu prowadzącego. Różnica między zaproszeniem a przymusem może być subtelna, ale ma ogromne znaczenie.

Dzisiaj coraz bardziej widzę rozwój jako proces budowania kontaktu ze sobą, a nie nieustannego przełamywania własnych reakcji. Czasem warto zrobić krok mimo lęku. Innym razem bardziej potrzebne jest zatrzymanie się i sprawdzenie, dlaczego jakaś część nas nie chce iść dalej. Dojrzałość nie polega na tym, że zawsze pokonujemy swoje ograniczenia, ale na tym, że coraz lepiej rozumiemy, kiedy warto sięgnąć dalej, a kiedy uszanować granicę.

Być może właśnie dlatego jednym z najważniejszych pytań, jakie możemy sobie zadać w procesie rozwoju, nie jest:

„Czy jestem wystarczająco odważny, żeby zrobić kolejny krok?”

Czasem znacznie ważniejsze okazuje się pytanie:

„Czy nadal mam wybór i czy potrafię zaufać temu, co mówi mi moje ciało?”

Nie musimy cierpieć, żeby się rozwijać. Możemy sięgać po zmianę bez przemocy wobec siebie, zachowując ciekawość, uważność i szacunek do własnych granic.

Zapisz się do moich osobistych listów rozwojowych

Otrzymuj więcej takich materiałów i porad.

Scroll to Top