Nie wszystko, co wygląda jak miłość, nią jest.
Bliskość, troska, przywiązanie, wspólne plany, trudność w wyobrażeniu sobie życia bez drugiej osoby. Wszystko to łatwo uznać za dowody miłości. Czasem jednak pod tym, co nazywamy miłością, ukrywa się coś innego: lęk przed samotnością.
Możemy być z kimś przez wiele lat, martwić się o tę osobę, inwestować w relację i planować wspólną przyszłość, a jednocześnie nigdy nie zadać sobie jednego z najważniejszych pytań:
Czy nadal chciałbym być z tą osobą, gdybym nie bał się, że bez niej będę sam?
Odpowiedź nie zawsze jest oczywista. Warto jednak pozwolić sobie na samo postawienie tego pytania.
Miłość i lęk mogą wyglądać bardzo podobnie
Miłość i lęk przed samotnością mają ze sobą zaskakująco wiele wspólnego. Oba mogą prowadzić do silnego przywiązania. Oba mogą sprawiać, że często myślimy o drugiej osobie, martwimy się o nią i pragniemy jej obecności.
Podobnie jest z zaangażowaniem. Pozostawanie w związku przez wiele lat, inwestowanie czasu i emocji czy planowanie przyszłości może wynikać zarówno z miłości, jak i z obawy przed utratą relacji.
Dlatego z zewnątrz te dwa doświadczenia bywają niemal nieodróżnialne. Co więcej, często trudno odróżnić je również wtedy, gdy sami jesteśmy w środku relacji.
Różnica między miłością a lękiem przed samotnością nie leży bowiem w intensywności uczucia. Leży w jego źródle.
Zdrowa miłość wiąże się z wyborem, ciekawością drugiego człowieka i pragnieniem kontaktu z nim. Jest w niej miejsce na myśl:
Chcę być z tą osobą, ponieważ wzbogaca moje życie. Lubię to, kim jestem przy niej. Fascynuje mnie. Podziwiam ją. Chcę wspólnie z nią doświadczać życia.
Lęk przed samotnością ma inne źródło. Może wyrastać z potrzeby uniknięcia pustki, odrzucenia czy poczucia, że bez związku czegoś nam brakuje. Czasem towarzyszy mu przekonanie:
Bez tej osoby nie poradzę sobie. Bez niej będę niekompletny. Jeśli odejdzie, zostanę sam i nie wiem, czy będę potrafił to znieść.
W pierwszym przypadku relacja jest przede wszystkim wyborem. W drugim może stawać się sposobem ucieczki przed czymś, czego bardzo nie chcemy poczuć.
Kiedy część nas za wszelką cenę chce utrzymać związek
Wyobraźmy sobie Dorotę, kobietę przed czterdziestką, pozostającą od sześciu lat w związku. Swojego partnera szanuje i lubi, ale coraz częściej zastanawia się, dlaczego właściwie z nim jest.
Zapytana, czy go kocha, długo milczy.
„Myślę, że tak. Ale nie wiem, czy to na pewno miłość”.
W pracy metodą IFS Dorota zaczyna dostrzegać część siebie, którą nazywa Asekurantką. Jej zadanie jest bardzo konkretne: nie dopuścić do tego, żeby Dorota została sama.
Za wszelką cenę.
Ta część nie pojawiła się przypadkowo. Kiedy Dorota miała dwadzieścia dwa lata, rozpadł się jej pierwszy poważny związek. Kolejne miesiące wspomina jako całkowite załamanie dotychczasowego świata. Miała problemy ze snem i jedzeniem, trudno było jej normalnie funkcjonować.
Tamta samotność była tak bolesna, że jakaś część jej psychiki wyciągnęła z tego doświadczenia prosty wniosek:
Nigdy więcej.
Asekurantka nie zastanawiała się więc, czy kolejny partner będzie dla Doroty odpowiedni. Najważniejsze było, żeby ktoś był.
To dobrze pokazuje perspektywę IFS. Zachowania, które z dzisiejszej perspektywy mogą wydawać się nieracjonalne, często mają swoją historię i funkcję ochronną. Część, która kurczowo trzyma się związku, może próbować ochronić nas przed bólem, którego kiedyś doświadczyliśmy.
Problem pojawia się wtedy, kiedy to właśnie ona zaczyna podejmować najważniejsze decyzje dotyczące naszego życia.
„Czego naprawdę chcę od relacji?”
Gdy Dorota zaczęła uważniej przyglądać się swojej relacji, zobaczyła bardziej skomplikowany obraz.
Były w niej ciepłe chwile, ale zdarzały się rzadko. Były rozmowy, lecz często pozostawały powierzchowne. Była wspólna codzienność, ale niewiele prawdziwego kontaktu.
Pojawiło się wtedy pytanie, którego Asekurantka przez długi czas nie chciała dopuścić:
Czego naprawdę chcę od relacji?
Nie: czego boję się stracić?
Nie: co się ze mną stanie, jeśli ta osoba odejdzie?
Nie: czy znajdę jeszcze kogoś?
Tylko: czego naprawdę chcę?
Odpowiedź dojrzewała długo.
„Chcę relacji, w której ktoś naprawdę mnie widzi. Chcę rozmów, które mnie dotykają. Chcę bliskości, nie tylko obecności”.
Nie chodzi tutaj o to, czy Dorota powinna odejść od partnera. Takie historie nie mają być instrukcją podejmowania decyzji o rozstaniu.
Znacznie ważniejsze jest coś innego: Dorota zaczęła patrzeć na swoją relację z większą szczerością. Zamiast pytać wyłącznie o to, czego się boi, zaczęła również zauważać własne pragnienia i potrzeby.
Trzy sygnały, że w relacji dużą rolę może odgrywać lęk
W większości związków znajdziemy zarówno miłość, jak i lęk. Nie chodzi więc o stworzenie prostego podziału: albo kocham, albo się boję.
Warto raczej przyjrzeć się temu, co w danym momencie najmocniej organizuje moje pozostawanie w relacji.
1. Myślisz przede wszystkim o tym, co stracisz
Zwróć uwagę, gdzie najczęściej kierują się Twoje myśli.
Czy pojawiają się pytania:
Co będzie, jeśli odejdzie? Jak sobie poradzę? Czy znajdę jeszcze kogoś? Co się ze mną stanie, jeśli zostanę sam?
A może częściej zauważasz:
Dobrze mi z tą osobą. Czuję przy niej bliskość. Mogę być sobą. Ta relacja pozwala mi się rozwijać. Naprawdę chcę dzielić z nią życie.
To ważna różnica.
2. Najważniejszym argumentem za związkiem jest to, że trudno Ci wyobrazić sobie życie bez niego
„Nie potrafię sobie wyobrazić życia bez tej osoby” brzmi romantycznie. Samo w sobie nie musi jednak świadczyć o jakości związku.
Może opisywać głęboką miłość, ale może też mówić o ogromnym lęku przed zmianą, utratą bezpieczeństwa czy samotnością.
Warto więc zapytać nie tylko:
Jak wyglądałoby moje życie bez tej osoby?
ale również:
Jak naprawdę wygląda moje życie z nią?
Zdrowa relacja nie polega przede wszystkim na tym, że bez kogoś byłoby nam gorzej. Ważne jest również to, czy z tą osobą rzeczywiście jest nam dobrze.
3. Gdy wyobrażasz sobie życie bez lęku przed samotnością, Twój wybór przestaje być oczywisty
To prawdopodobnie najtrudniejsze pytanie:
Gdybym wiedział, że poradzę sobie z samotnością, czy nadal wybrałbym tę konkretną osobę?
Czy chciałbym z nią być z ciekawości, bliskości i radości?
Czy raczej zostałbym z przyzwyczajenia, poczucia bezpieczeństwa albo strachu przed tym, co wydarzy się po rozstaniu?
Nie trzeba odpowiadać od razu. Czasem warto po prostu zauważyć, jakie emocje wywołuje samo pytanie.
Potrzeba bezpieczeństwa nie jest czymś złym
W podejściu NVC zwracamy uwagę na potrzeby stojące za naszymi zachowaniami. Bezpieczeństwo jest ważną ludzką potrzebą, podobnie jak bliskość, miłość, przynależność, autonomia, autentyczność czy rozwój.
Nie chodzi więc o to, aby pozbyć się potrzeby bezpieczeństwa.
Problem może pojawić się wtedy, gdy relacja staje się niemal jedyną strategią zapewniającą nam bezpieczeństwo, a jej utrzymanie zaczyna odbywać się kosztem innych ważnych potrzeb.
Możemy wtedy rezygnować z autentyczności, ignorować własne granice, godzić się na brak prawdziwego kontaktu albo pozostawać w relacji, której od dawna nie wybieramy, tylko dlatego, że alternatywa wydaje się zbyt przerażająca.
Wtedy schronienie może powoli zamieniać się w więzienie.
„Nie wiem, czy płaczę po niej, czy po tym, że znów jestem sam”
Podobny mechanizm można zobaczyć w historii Łukasza, który po ośmiu latach związku rozstał się z partnerką.
W pewnym momencie powiedział:
„Nie wiem, czy płaczę po niej, czy po tym, że znów jestem sam”.
To rozróżnienie okazało się bardzo ważne.
Podczas pracy nad uczuciami i potrzebami zrobił ćwiczenie polegające na swobodnym zapisaniu wszystkiego, czego obawia się w samotności. Jedno zdanie szczególnie go poruszyło:
„Boję się, że jeśli będę sam zbyt długo, okaże się, że nie jestem nikomu potrzebny. A skoro nie jestem nikomu potrzebny, to po co jestem?”
Zaczął dostrzegać, że w wielu swoich relacjach budował poczucie wartości wokół bycia potrzebnym. Był pomocny, dostępny i zaangażowany. Dbał o partnerki.
Kiedy związek się kończył, nie tracił wyłącznie ważnej osoby. Tracił również jeden z najważniejszych sposobów potwierdzania własnej wartości.
Można powiedzieć językiem NVC, że potrzeby znaczenia, sensu i kontaktu próbował zaspokajać przede wszystkim poprzez strategię bycia niezbędnym dla drugiego człowieka.
Kiedy strategia znikała, chwiało się również poczucie własnej wartości.
Dlatego ważnym elementem jego pracy stało się budowanie doświadczenia:
Mam wartość także wtedy, kiedy nikt mnie aktualnie nie potrzebuje.
Czy potrafisz być ze sobą?
Kiedy wchodzimy w związki głównie z lęku przed samotnością, fundament relacji staje się kruchy. Lęk może skutecznie chronić nas w sytuacji zagrożenia, ale trudno budować na nim długotrwałą bliskość.
Jednym z ważnych kroków jest więc stopniowe uczenie się tolerowania samotności.
Nie chodzi o przekonywanie siebie, że nikogo nie potrzebujemy. Ludzie potrzebują więzi, kontaktu i przynależności. Chodzi o coś znacznie bardziej subtelnego: doświadczenie, że bycie samemu nie oznacza rozpadu siebie.
Można spędzić wieczór samemu i nadal istnieć.
Można nie być aktualnie w związku i nadal mieć wartość.
Można tęsknić za bliskością, nie chwytając się pierwszej dostępnej relacji.
Można potrzebować ludzi i jednocześnie nie uzależniać od ich obecności całego poczucia własnego bezpieczeństwa.
Tego zazwyczaj nie uczymy się poprzez samo intelektualne rozumienie. Potrzebne jest doświadczenie: spędzanie czasu ze sobą, poznawanie własnych potrzeb, budowanie relacji z innymi ludźmi i stopniowe odkrywanie, że możemy być dla siebie dobrym towarzystwem.
Kiedy samotność przestaje być zagrożeniem, relacja z drugim człowiekiem może w większym stopniu stawać się wyborem, a w mniejszym ucieczką.
Wtedy pytanie dotyczące związku również się zmienia.
Zamiast:
„Kogo potrzebuję, żeby nie być sam?”
możemy zacząć pytać:
„Z kim naprawdę chcę dzielić swoje życie?”
Jedno pytanie, które warto sobie zadać
Jeśli jesteś w relacji, spróbuj przez chwilę nie zastanawiać się nad tym, czy powinieneś zostać, czy odejść.
Zamiast tego zadaj sobie jedno pytanie:
Gdybym miał pewność, że poradzę sobie z samotnością, czy nadal wybrałbym relację, w której teraz jestem?
Nie musisz natychmiast znać odpowiedzi.
Może pojawić się „tak”. Może pojawić się „nie”. Może również pojawić się „nie wiem”.
Czasem odpowiedź dojrzewa przez kilka tygodni albo miesięcy. Ważniejsze od szybkości jest stworzenie w sobie przestrzeni, w której można naprawdę usłyszeć to, co się pojawia.
Samo zadanie tego pytania może być początkiem ważnej zmiany.
Nie dlatego, że musi prowadzić do zakończenia związku.
Może prowadzić do czegoś zupełnie innego: głębszej rozmowy, postawienia granic, nazwania potrzeb, odbudowania bliskości albo ponownego, bardziej świadomego wybrania osoby, z którą już jesteśmy.
Bo być może jednym z najważniejszych znaków miłości nie jest zdanie:
„Nie mogę bez ciebie żyć”.
Znacznie dojrzalej brzmi:
„Mogę być bez ciebie. A jednak chcę być właśnie z tobą”.
