Relacja z samym sobą. Od czego naprawdę się zaczyna?

W ostatnich artykułach zajmowaliśmy się relacjami z innymi. Samotnością wśród ludzi, dystansem w związkach, lękiem przed bliskością, odrzuceniem w randkowaniu. Tym razem chcę odwrócić kierunek, bo zanim zbudujesz bliskość z kimś innym, potrzebujesz jej najpierw z samym sobą. To temat, o którym mówimy zaskakująco rzadko, mimo że stanowi fundament wszystkich pozostałych relacji.

Czym relacja z samym sobą nie jest

Nie jest samoakceptacją w stylu plakatowym: polubieniem siebie, docenianiem swoich zalet, afirmacjami przed lustrem. Nie jest też pogrążaniem się w sobie ani niekończącą analizą własnego wnętrza.

To coś prostszego i trudniejszego jednocześnie. To umiejętność zauważania, co się w Tobie dzieje. Co czujesz, zanim zaczniesz to tłumaczyć albo odpychać. Czego potrzebujesz, zanim zaczniesz oceniać, czy masz prawo tego potrzebować. Jak reagujesz, zanim zaczniesz udawać, że reagujesz inaczej. Relacja z samym sobą zaczyna się w chwili, gdy przestajesz być obcym dla własnych uczuć.

Brzmi prosto, ale wiele osób żyje w odcięciu od siebie. Są sprawni, funkcjonalni, produktywni. Wiedzą, co myślą. Kiedy pytam ich, co czują, patrzą na mnie z mieszaniną zaskoczenia i zakłopotania. Gdzieś po drodze nauczyli się, że to, co czują, jest mniej ważne niż to, co robią, że emocje przeszkadzają zamiast pomagać, że szybciej i bezpieczniej jest po prostu działać, niż zatrzymać się i sprawdzić, co jest w środku.

To odcięcie od siebie jest, moim zdaniem, źródłem większości trudności w relacjach z innymi. Nie można autentycznie być blisko kogoś, kiedy sam siebie nie zna się wystarczająco dobrze.

Renata: kompetencja bez kontaktu

Renata przyszła do mnie mając czterdzieści kilka lat. Była psycholożką, pracowała z ludźmi na co dzień, znała teorie przywiązania, style komunikacji, mechanizmy obronne. Na pierwszym spotkaniu powiedziała: „Pomagam innym rozumieć siebie. Ale sama nie rozumiem siebie.”

To zdanie pokazuje, jak bardzo można być kompetentnym w wiedzy o czymś i jednocześnie odciętym od doświadczenia tego samego we własnym wnętrzu.

W pracy metodą IFS odkryliśmy u Renaty kilka części, które miały wspólny mianownik: wszystkie były nakierowane na zewnątrz. Jedna analizowała innych. Druga pomagała. Trzecia oceniała sytuacje i szukała rozwiązań. Na jednej z sesji powiedziała: „Myślę, że przez całe dorosłe życie traktowałam siebie jak projekt do zarządzania, nie jak osobę, z którą można po prostu być.”

Praca, którą zaczęłyśmy, nie polegała na dodaniu kolejnych narzędzi do jej arsenału, tylko na czymś odwrotnym: na zatrzymaniu się. Na nauczeniu się siedzieć z uczuciem, zanim się je nazwie i skataloguje. Na zauważaniu doznań w ciele jako pierwszego języka emocji, jeszcze zanim pojawi się słowo.

Jeden z przełomowych momentów z zewnątrz mógłby wyglądać banalnie. Renata siedziała wieczorem sama, bez książki, telefonu czy zadania do wykonania, i zamiast wypełnić tę ciszę aktywnością, po prostu siedziała. Zauważyła, że jest smutna. Nie wiedziała dokładnie, czemu, ale po raz pierwszy od lat pozwoliła sobie na to, żeby ten smutek był, bez tłumaczenia, naprawiania i oceniania, czy ma prawo czuć to, co czuje. Powiedziała potem, że było to dziwne doświadczenie, ale poczuła się bliżej siebie, jakby po wielu latach w końcu kogoś odwiedziła.

Skąd bierze się odcięcie

Historia Renaty nie jest wyjątkowa. Wśród osób, z którymi pracuję, zarówno w gabinecie, jak i w grupach Studium Komunikacji, ten wzorzec jest bardzo częsty: duża sprawność na zewnątrz, mały kontakt z wnętrzem.

Często zaczyna się wcześnie. W rodzinach, gdzie emocje traktowano jako słabość albo kłopot, dzieci uczą się je chować. W środowiskach, gdzie liczyły się wyniki i wydajność, uczucia były przeszkodą, nie informacją. W relacjach, gdzie bycie tzw. trudnym emocjonalnie kończyło się odrzuceniem, cisza była bezpieczniejsza niż szczerość.

Kontakt z samym sobą tracimy też przez coś bardziej przyziemnego: przez tempo. Kiedy dzień jest wystarczająco wypełniony pracą, obowiązkami, ekranem, nie ma w nim miejsca na ciszę, w której można usłyszeć siebie. Bez tej ciszy wewnętrzny głos z czasem cichnie.

W NVC mówimy, że każde uczucie jest informacją o potrzebie. Smutek mówi o stracie. Wstyd mówi o samoakceptacji, poczuciu własnej wartości i przynależności. Niepokój mówi o potrzebie bezpieczeństwa. Żeby te informacje do nas docierały, musimy być wystarczająco w kontakcie ze sobą, żeby je usłyszeć.

Kiedy ten kontakt jest słaby, uczucia i potrzeby nie znikają, znikają tylko z pola świadomości. Zaczynamy wtedy reagować na nie w zawoalowany sposób: irytacją, której sami nie rozumiemy, zmęczeniem bez wyraźnej przyczyny, napięciem, które nie wiadomo skąd pochodzi.

Michał: problem techniczny, który okazał się czymś innym

Michał dołączył do Studium Komunikacji mając trzydzieści osiem lat. Był menedżerem w branży IT, precyzyjny w myśleniu, sprawny w zarządzaniu. Na pierwszym spotkaniu powiedział: „Zapisałem się, bo moja partnerka powiedziała, że nie umiem mówić o uczuciach. Chcę to naprawić.”

Traktował relację z samym sobą jako problem techniczny do rozwiązania. Jeśli nauczy się właściwych słów i właściwych narzędzi, wynik się zmieni.

Na pierwszym module Studium wykonywaliśmy ćwiczenie, które na początku wydaje się bardzo proste: każdy uczestnik przez kilka minut siedział w ciszy i po prostu zauważał, co się dzieje w jego ciele. Jakie odczucia, jakie napięcia, jakie zmiany. Michał po ćwiczeniu powiedział: „Przez pierwsze dwie minuty myślałem o liście rzeczy do zrobienia. Przez następne dwie minuty myślałem o tym, że powinienem przestać myśleć o liście rzeczy do zrobienia. A przez ostatnią minutę nie wiem, co się stało. Coś jakby cisza.” Po pewnym czasie dodał: „Przez całe dorosłe życie żyłem głównie w głowie. Nie wiedziałem, że mam też ciało, które coś czuje.”

Przez lata działał z poziomu myśli i decyzji. Ciało było dla niego narzędziem do realizowania zadań, nie źródłem informacji o tym, jak się czuje. Zarówno podczas modułów, jak i w praktykach między zjazdami, zaczął uczyć się czegoś, co z jego perspektywy było zupełnie nowym językiem: języka ciała, odczuć fizycznych jako pierwszego sygnału emocjonalnego.

Kilka tygodni później opowiedział grupie o sytuacji z partnerką. Podczas rozmowy, która zazwyczaj kończyłaby się dla niego zamknięciem i milczeniem, zatrzymał się i powiedział do niej: „Czuję teraz napięcie w klatce piersiowej i nie wiem, co to oznacza, ale wiem, że coś jest ważne. Czy możemy na chwilę się zatrzymać?” Partnerka powiedziała mu potem, że było to dla niej coś zupełnie nowego. Nie dlatego, że był bardziej wymowny, tylko dlatego, że po raz pierwszy miała poczucie, że naprawdę próbuje być z nią, a nie zarządzać sytuacją.

Wiedza o sobie a kontakt ze sobą

Renata i Michał, z różnych miejsc i różnymi historiami, doszli do podobnego odkrycia. Relacja z samym sobą nie zaczyna się od wiedzy o sobie, tylko od kontaktu z sobą. To dwie bardzo różne rzeczy.

Osoby, które ukończyły terapie oparte na analizowaniu, czy to terapię poznawczo-behawioralną, czy psychoanalizę, czy inne podobne, często mimo wartości tej pracy uczą się rozumienia siebie poprzez analizę, a nie kontaktu ze sobą poprzez czucie swoich uczuć i kontakt z potrzebami, które stoją za każdym naszym działaniem. Można wiedzieć o sobie bardzo dużo, jak Renata, która przez lata studiowała psychologię ludzkich emocji, rozumieć mechanizmy, nazywać schematy, analizować wzorce, i wciąż być w głębokim odcięciu od własnego doświadczenia.

Kontakt z samym sobą zaczyna się od jednej, prostej i jednocześnie bardzo trudnej praktyki: zatrzymania. Wystarczy chwila, w której pytasz siebie: co teraz czuję? Nie co myślę, nie co powinienem czuć, tylko co czuję. I czekasz na odpowiedź.

To pytanie, zadane regularnie, zaczyna budować możliwość kontaktu ze sobą. Coraz częściej jesteś u siebie, nie gdzieś w przyszłości, nie w analizie przeszłości, ale tu i teraz, w tym, co jest.

Kiedy zaczniesz być bardziej u siebie, dzieje się coś, czego wiele osób się nie spodziewa: relacje z innymi stają się łatwiejsze. Nie dlatego, że nauczyłeś się odpowiednich technik komunikacyjnych, tylko dlatego, że masz coś do wniesienia do relacji: siebie. Kogoś, kogo znasz na tyle dobrze, żeby móc się nim dzielić.

Warto zadać sobie pytanie, kiedy ostatnio zapytałeś siebie, jak się czujesz, i naprawdę poczekałeś na odpowiedź. Nie w pośpiechu, nie po to, żeby wystawić sobie ocenę i iść dalej, ale z ciekawością, jaką masz wobec kogoś, na kim Ci zależy. To pytanie warto zadać sobie w ciszy i pozostać z nim przez co najmniej kilka minut.

Zapisz się do moich osobistych listów rozwojowych

Otrzymuj więcej takich materiałów i porad.

Scroll to Top